czwartek, 16 sierpień 2007

Trzęsienie ziemi w Peru

Wczoraj wieczorem (dziś w nocy czasu polskiego) Peru nawiedziło silne trzęsienie ziemi. Serwisy podają, że miało siłę 8 stopni w skali Richtera. Epicentrum było ok. 140 km od Limy, najsilniej odczuły to miejscowości Pisco, Ica i Chincha. W Pisco ok 70% domów zostało uszkodzonych, w Chincha uszkodziło mury więzienia i kilkuset skazańców zbiegło. Około 500 zabitych i półtora tysiąca rannych. Ogłoszono stan klęski żywiołowej a przez najbliższe 3 dni trwać będzie żałoba narodowa.

Poniżej zdjęcia kataklizmu. Niestety, dość szokujące.

Etykiety:

sobota, 28 lipiec 2007

¡Viva el Perú! ¡Feliz 28 de Julio!

Dziś jest 28 lipca – największe święto dla Peruwiańczyków. Z pewnością dla tych, którzy uważają się za patriotów. A Peruwiańczycy kochają swój kraj i kochają swoją flagę.

Dokładnie 186 lat temu, 28 lipca 1821 roku generał San Martin ogłosił niepodległość Peru. Niepodległość od Hiszpanów. José de San Martín jest największym bohaterem narodowym. Chociaż naprawdę pochodził z Argentyny.

Od kilku dni na każdym budynku w Peru wisi czerwono-biało-czerwona flaga. Dla nich to święto w jest nawet bardziej ważne niż np. 11 listopada w świadomości Polaków. Podobno były czasy, kiedy świętowano dni kilka. Obecnie to tylko jeden dzień, w dodatku i tak sobota.

Rok temu rozpoczęła się kadencja Alana Garcii. Tradycyjnie prezydent obejmuje swój urząd właśnie 28-go. Tydzień przed świętem w Miraflores przechodzi „Gran Corso”, czyli kolorowa parada. Coś jak miniaturowy karnawał.

Dziś wszystkie bary będą pełne. Peruwiańczycy spotkają się z przyjaciółmi, wypiją pisco sour, pójdą potańczyć. W ten sposób świętują uzyskanie niepodległości.

Etykiety:

wtorek, 22 maj 2007

Wspomnienia z Peru - szok kulturowy

Chcę się podzielić moimi przemyśleniami na temat standardów życia w Peru.

Jadąc do Peru, nie myślałem o nim, jako o "trzecim świecie". Sami Peruwiańczycy mi to uświadomili.

Nawet w Miraflores (chyba najlepsza dzielnica Limy; wszystkie duże firmy i bogaci ludzie są właśnie tam) widać DUUŻĄ różnicę w standardzie życia pomiędzy naszymi krajami. Ktokolwiek narzeka na Polskę, niech się tam wybierze. Doceni natychmiast nasz europejski kraj. Koniec dygresji.

Ja mieszkałem w Miraflores. To było oczywiste, ponieważ moja fima była właśnie tam. Poza tym jako typowy okaz gringo (biały, wysoki, blondyn) inne miejsca nie byłyby pewnie tak bezpieczne.

W Peru doznałem szoku kulturowego (nie mylić z różnicami kulturowymi, więcej o tym w wikipedii i innych serwisach). Przez prawie dwa miesiące nie wyjeżdżałem z Limy. Po tym czasie miasto zaczęło mnie bardzo męczyć. Widok obskurnych budynków, żebracy na każdym kroku. Zwłaszcza dzieci, które powinny być w szkole a nie prosić o pieniądze przed Wong'iem (taki supermarket).

Potem pojechałem m.in. do Huacachina i znów Peru zaczęło mi się podobać. Odkryłem, że ten kraj, to nie tylko Lima. Że oprócz ośmiomilionowego miasta są również wspaniałe, piękne, spokojne miejsca.

Wiele rzeczy mnie drażniło. Zwłaszcza to uczucie, że lokalni patrzą na mnie z góry (chociaż są niżsi). Mówiłem sobie, że już tam nigdy nie wrócę. Teraz chcę pojechać ponownie. Może nie po to, aby zamieszkać (jest jeszcze wiele innych krajów w tej części świata). Chcę zobaczyć miejsca, do których nie miałem okazji pojechać. Żałuję, że nie miałem więcej odwagi, by podróżować.

Ale nie żałuję ani przez moment, że byłem w Peru. Życie w kraju tak różnym od naszego, to na pewno największe wyzwanie mojego życia.

Etykiety:

niedziela, 17 grudzień 2006

Wyżej niż kondory

Kiedy w czwartek wyjeżdżałem z Limy, nie wiedziałem ani gdzie dokładnie pojadę, ani kiedy wrócę. Moje plany zmieniały się kilkakrotnie, podobnie jak towarzysze wycieczki. Ostatecznie udało mi się zobaczyć Arequipę, kanion Colca, Cuzco, Machu Picchu.

Dzień pierwszy (piątek)
Arequipa

Dojechaliśmy do Arequipy o 12. Poszukaliśmy jakiegoś taniego hotelu, potem poszliśmy zjeść i pozwiedzać. Widziałem Plaza de Armas, katedrę, mirador (punkt widokowy) i kilka innych miejsc.
Co ciekawe, idąc ulicą spotkaliśmy znajomych z Limy - Markus i Magdalena z Austrii i Eva z Niemiec. Od nich dowiedziałem się, ze wybierają się do kanionu Colca. Wycieczka kosztuje 20 $, plus S/.35 za wstęp do Colca.

Dzień drugi (sobota)
Chivay


O 8.30 rano wyjazd z Arequipy. Przewodnik był punktualny jak rzadko w Peru.
Pierwszym celem były wikunie lub wigonie (vicugna vicugna). Te zwierzęta są dzikimi przodkami alpak. Są pod ochrona, większość ich populacji żyje w Peru. Zatrzymaliśmy się w środku pampy. Mogliśmy również podziwiać widok wulkanów, m.in. wulkan Misti górujący nad Arequipą (5822 m)
Kolejny postój żeby napić się mate de coca. Dalej wyjazd coraz wyżej i wyżej, aż na wysokość 4800 m. Dojechaliśmy do wioski Chivay, stolicy departamentu. Stamtąd 25 lat temu wyruszyła polska wyprawa akademicka, która odkryła kanion Colca. (>>zobacz)

Po czym można poznać Polaków? Nie wiem, ale jest coś charakterystycznego. Na ulicy w Chivay bezbłędnie rozpoznałem dwóch paisanos.

Z okazji święta Niepokalanego Poczęcia N.M.P. w wiosce przez 3 dni odbywa się fiesta, luzie tańczą na ulicy, przechodzą parady i procesje, orkiestra gra na trąbkach i tubach do późnych godzin nocnych. Melodia cały czas ta sama, ale rytm jest chyba mało ważny. Ważne, żeby grać dostatecznie głośno. Prawie wszyscy są ubrani w tradycyjne stroje (>>zobacz). Oczywiście w nocy musieli kilka razy przemaszerować pod naszymi oknami.

Wieczorem jeszcze kolacja w restauracji z tradycyjną muzyką i tańcami. Dzieci z sąsiedniego stolika, widząc grupę obcokrajowców, koniecznie chciały sobie zrobić z nami zdjęcia.

Dzień trzeci (niedziela)
Kanion Colca
Pobudka o godzinie 5 rano, śniadanie i wyjazd o 6 do doliny Colca. Widoki robią niesamowite wrażenie. Zatrzymywaliśmy się w miejscowościach Maca i Pincholo. O 8 dojechaliśmy do punktu widokowego Cruz del Condor. Jest to najlepsze miejsce do obserwacji kondorów. Czekaliśmy do 9.30. Najpierw było widać parę ptaków krążącą w oddali, ale jakiś czas później udało się zobaczyć pojedynczego kondora w niewielkiej odległości.

Z Cruz del Condor wracaliśmy powoli do Chivay, zatrzymując się jeszcze kilkakrotnie w bardzo widokowych miejscach. Widok kanionu i doliny Colca robi wrażenie (>>zobacz).

Dzień czwarty (poniedziałek)
Z powrotem w Arequipie

Zostałem jeszcze jeden Dzień w Arequipie, ponieważ nie udało mi się zarezerwować biletu do Cuzco na niedzielę. Planowałem rafting, ale nie znalazłem grupy.

W przewodniku przeczytałem, ze w wiosce Sachaca jest ciekawy punkt widokowy. Dowiedziałem się, jak tam dojechać. Okazało się, że jest to taka wiocha, ze nie byłem pewien, czy dobrze trafiłem. Budynki nie wyglądały zachęcająco, ale na ich szczycie było coś, co wyglądało jak punkt widokowy. I rzeczywiście, zobaczyłem napis El mirador. Niestety wulkan Misti i sąsiednie wulkany nie będą dobrze widoczne na zdjęciach. Później poszedłem na obiad do polecanej w przewodniku restauracji.

Dzień piąty (wtorek)
Święta Dolina


W poniedziałek wieczorem wyjechałem z Arequipy do Cusco autobusem. Podróż trwa ok. 9 godzin, spora część trasy nie jest asfaltowa. Rano, o 6 dotarłem do Cusco i od razu wpadłem w ręce pośrednika. Nie dałem się jednak bardzo oskubać, sam negocjowałem z właścicielem hoteliku. Jednak pośrednik podsunął mi pomysł wycieczki do Świętej Doliny. Dwie godziny później byłem już w odpowiednim autobusie.

Na początku "zwiedziliśmy" targi z wyrobami lokalnych twórców w miasteczku Pisaq. Obok tej samej miejscowości znajdują się ruiny miasta z czasów Inków. W ruinach spędziliśmy około 2 godzin, najpierw wędrując wąską ścieżką aby do nich dotrzeć, następnie była chwila na zrobienie zdjęć (>>zobacz)

Kolejne ruiny i kolejny przystanek po obiedzie, to Ollantaytamba. W tej samej wiosce jest stacja pociągu Cusco - Machupicchu. Ollantaytamba, zwana też w skrócie Ollanta, to podobno jedyna wioska, która nadal funkcjonuje na terenie ruin dawnego miasta.
Tarasy, świątynia, domy mieszkalne. Na górze, która jest naprzeciwko ruin można ujrzeć twarz boga i człowieka.

Ostatnim punktem jest Chincha. W tej miejscowości jest kościół, w którym w każdą niedzielę msze prowadzone są w języku keczua (quechua).

Dzień szósty (środa)
Ten dzień przeznaczyłem na zwiedzanie samego Cusco. Ciekawymi miejscami są z pewnością katedra i kościół Compañía de Jesús. Ten kościół jest uważany za najpiękniejszy w mieście. Ma wspaniały złoty ołtarz, podziemną kryptę i dzwonnicę, na którą można wejść.

Planowałem następnego dnia zobaczyć Machu Picchu. Poszedłem do agencji organizującej wycieczki. Cena, jaką mi podano, trochę przerażała. 140 $.
Okazuje się, że na własną rękę można to zrobić znacznie taniej. Najpierw pojechałem na stację kolejową, gdzie kupiłem bilet na pociąg. Pociąg odjeżdża z Ollantaytamba (tam, gdzie są ruiny). Kosztuje 44 $. Następnie kupiłem bilet na Machu Picchu. Uznano nawet moją polską legitymację studencką i mogłem kupić bilet za S./ 59, zamiast 119.
O godzinie 16 z Av.Grau miałem autobus do Ollanty (S./ 5). Z Cusco jedzie się około 1.40 godz. Natomiast odjazd pociągu jest o 20.
Na stacji byłem prawie godzinę przed odjazdem, ale to był dobry pomysł. Do Aquas Calientes jedzie dużo ludzi. Wszystkich obcokrajowców dano do jednego wagonu, a do pozostałych Peruwiańczyków. Podróż trwa 2 godziny. Wreszcie mogłem zobaczyć gwiazdy na niebie!

Dzień siódmy (czwartek)
Machu Picchu

Pobudka z samego rana, ponieważ chciałem wejść do ruin jak najwcześniej. Z Aquas Calientes można dojechać autobusem (za 6 $) lub dojść na piechotę. Tylko trudno jest znaleźć ścieżkę. Wybrałem autobus.
Same ruiny robią niesamowite wrażenie. (>>zobacz) Spędziłem tam 5 godzin.
Najpierw wszedłem na szczyt Machu Picchu (czyli "Stary Szczyt" w keczua). Podejście trwa ok. 1 godzinę, zejście 45 minut. Idzie się po stromej ścieżce lub kamiennych stopniach.
Z drugiej strony jest Huayna Picchu ("Młody Szczyt"), ale żeby na niego wejść, trzeba minąć bramkę przed 13. Później jest zbyt późno, a jak wytłumaczył mi pewien człowiek, "nie chciałbyś wracać w czasie deszczu". Podejście jest bardzo podobne do tego na Stary Szczyt. Ja niestety doszedłem już po 13, poza tym miałem dość po poprzednim.
Z ruin wracałem już piechotą (po co wydawać 6$ ?). Przy drodze dojazdowej jest bar-stołówka dla ludzi zatrudnionych przy konserwacji ruin i w sklepikach. Znacznie tańsza niż restauracja przy samych ruinach.

Dzień ósmy (piątek)

Odjazd pociągu z Aquas Calientes jest o 5:45. Miałem nadzieję, że zdążę przed 9.20 do Cusco, ale niestety. Spóźniłem się zaledwie kilka minut i znów nie udało mi się odbyć raftingu. Odjechali beze mnie. Przynajmniej agent oddał pieniądze.
Miałem jeszcze jeden dzień na to, żeby zwiedzić wszystkie muzea i kościoły, dokładnie zapoznać się ze wszystkimi ulicznymi sprzedawcami i nagabywaczami. Dopiero o 20 miałem autobus z powrotem do Limy. Podróż powrotna zajęła "tylko" 18 godzin. W Limie byłem w sobotę po południu.

Cała galeria zdjęć znajduje się tutaj.

Etykiety:

poniedziałek, 27 listopad 2006

W górach

STITCH_2057

W zeszly weekend bylem na pustyni (patrz tutaj). Tym razem - zupelna zmiana klimatu. Znow we trojke (ja, Szymon i Sandra) pojechalismy w gory, do Huaraz.

Wyjechalismy w piatek. Zaczelo sie od szukania autobusu, ktorym moglibysmy tam dojechac - albo nie bylo biletow, albo nie jezdzili w tamta strone. Co ciekawe, przed wejsciem do naszego autobusu, musielismy zostawic odciski palcow.
Rano dotarlismy do Huaraz. Miasto lezy na wysokosci 3100 m n.p.m., okolo 450 km od Limy. Wysokosc dawala sie we znaki. Zaczelismy od szukania miejsca, gdzie mozna kupic liscie koki - podobno ich zucie pomaga przy chorobie wysokosciowej. Poszlismy na targ, gdzie mozna kupic wszystko - od ubran, sprzetu domowego, do zywnosci (np owocow, ryb i miesa). Liscie tez znalezlismy. Szczerze mowiac, smak maja okropny. Nie wiem, czy to naprawde pomaga, ja i tak odczuwalem bol glowy przy podchodzeniu.
Po znalezieniu hoteliku (cena tylko S/. 10) pierwszym celem byl Mirador. Niewielka gorka, z ktorej mozna zobaczyc cale Huaraz i panorame na okoliczne gory. Widocznosc jednak nie byla dobra.

Drugim celem byla wioska Marián, z ktorej mozna sie dostac do ruin Willcahuain - z czasow przedinkaskich. Okolica to juz zupelnie inny kraj. Ludzie zyjacy w prostych, wiejskich warunkach, uprawiajac pole, wypasajacy krowy, owce i lamy. Pytanie o droge to tez ciekawa sprawa. Kazdy odpowiadal co innego. W ktora strone do ruin? "Na lewo." "Prosto." "W prawo." Jak daleko? "35 minut." "4 godziny." "Ooo, bardzo daleko."
Zaczelo padac. Niby normalna sprawa, ale dla mnie to byl pierwszy deszcz od kilku miesiecy - w Limie nigdy nie pada.
Doszlismy do ruin. Nie jestem wcale pewien, czy to byly wlasciwe ruiny ;)

Wieczorem planowalismy jeszcze pojscie do baños termales, ale niestety byly juz zamkniete. Zamiast tego poszlismy do restauracji na typowy peruwianski posilek - cuy (świnka morska), chicharon i trucha frita (smażony pstrąg).

Pozniej z powrotem do Huaraz i niewielkie zakupy na targu - ubrania z welny alpaki. Sa znacznie tansze niz w Limie. I w dodatku bardzo sie przydaly nastepnego dnia.

Dzien drugi.

Kiedy rano Szymon stwierdzil, ze wybiera sie na wycieczke na wysokosc 5000 m, nie wierzylem, ze wszyscy tam wyjdziemy. Zwlaszcza, ze nie bylem przygotowany na wyjscie w gory.
Jednak o 9.30 siedzielismy wszyscy w busie, ktory mial zawiezc nas na miejsce. Po drodze mielismy kilka przystankow, zeby wypic mate de coca (napar z lisci koki), sprobowac zrodlanej "gazowanej" wody (Aguas Gasificadas), obejrzec jeziorka z wielokolorowa woda, obejrzec tamtejsze rosliny zwane Puya Raymondi...
W koncu dojechalismy do podnoza gory Pastoruri, na wysokosc prawie 5000 m, a stamtad mielismy wyjsc okolo 2-kilometrowy odcinek do lodowca, na ponad 5100 m.
Jak dla mnie, to ta wycieczka byla troche zbyt "komercyjna". Na kazdym postoju bylismy otoczeni przez sprzedawcow i tym podobnych ludzi, z ciaglym "kup czekoladke", "kup cukierka", "zrob sobie zdjecie z lama". Za wszystko 1 sol. A pozniej na szlaku tlum ciagnacy do gory.
Tutaj juz wysokosc mocno dawala o sobie znac. Widzialem ludzi, ktorzy nie mogli zejsc o wlasnych silach i inni ich znosili na ramonach. W moim przypadku - odczuwalem bol glowy i spore zmeczenie. Wyjscie do gory, zrobienie zdjec na sniegu i powrot zajal okolo 2 godzin. Potem na dol, cos zjesc i powrot do Huaraz ok godz. 18.

Do Limy powrocilismy ok 6.30 rano (w poniedzialek). Prysznic, chwila snu, a na 9 do pracy.

Etykiety:

wtorek, 24 październik 2006

Corrida de toros

Mniej więcej tydzień temu, kiedy rozmawiałem z moim szefem, powiedział, że najbliższą niedziele odbędzie się pierwsza walka byków w tym roku. Zapytał, czy chciałbym zobaczyć. Odpowiedziałem, że tak, powiedział: „Bądź u mnie w niedziele o 12”.

W niedziele nie byłem jedynym gościem. Corrida zaczynała się o 15:30, przedtem było grilowanie, trochę wina, itp.

Corrida zaczęła się od odegrania chyba hymnu, następnie zaprezentowali się torreadorzy, a wkrótce po tym na arenę został wpuszczony byk.

Najpierw kilku torreadorów drażni byka swoimi różowymi płachtami. To dopiero rozgrzewka. Po chwili na arenie pojawiało się dwóch jeźdźców na koniach, z dzidami. Konie mają zasłonięte oczy, żeby nie przestraszyły się byka. Mają również osłonę na sobie, ponieważ byki atakowały konie. Wówczas jeździec (picador) ranił byka dzidą w grzbiet. Wtedy płynęła pierwsza krew. Krótko po tym inny torreador, pieszy, przygotowywał się z dwiema pikami (banderillas) w rękach. Zakończone są ostrym metalowym hakiem, więc jeśli mocno wbite, nie mogą wypaść ani zostać wyszarpnięte. Ich końce są elastyczne, żeby nie sterczały z grzbietu. Banderillero wbija 6-8 pik w grzbiet.

Zwykle krótko po tym na arenie pojawiał się matador. Można go poznać po bogatszym stroju, oraz po tym, że jego płachta (zwana muleta) jest czerwona, a nie różowa. On jest głównym aktorem, który powinien przez pewien czas „bawi” się z bykiem, pozwalając mu atakować swoją czerwoną płachtę i robiąc zręczne uniki. Nazywa się to faena. Na końcu bierze szpadę i ma zabić byka.
Ten moment powinien być krótki – jeśli szpada zostanie wbita w odpowiednie miejsce i pod odpowiednim kątem, byk padnie natychmiast. Niestety, rzadko udaje się to zrobić za pierwszym razem. Wtedy słychać gwizdy z widowni.
Cały czas na arenie lub na jej obrzeżu są pozostali torreadorzy, którzy jeśli coś pójdzie nie tak (torreador upuści płachtę lub szpadę, lub byk zacznie któregoś gonić) odwracają uwagę byka.
Gdy tylko byk jest martwy, na arenę wjeżdżają dwa konie i wloką byka prosto do rzeźni.

Tej niedzieli walczyło siedem byków. Wstęp nie jest tani – najtańsze bilety kosztują S./ 70, najdroższe (blisko areny) S./ 350. Corrida będzie się odbywać w każdą niedzielę.

Etykiety:

sobota, 21 październik 2006

Trzęsienie ziemi

5:50 rano. Obudziło mnie dzwonienie szyb w oknie i trzęsienie się łóżka, tak jakby naprawdę duża ciężarówka przejeżdżała pod moim oknem. Ale to nie była żadna ciężarówka. Szybko domyśliłem się, że to trzęsienie ziemi. Trwało kilkanaście – kilkadziesiąt sekund.

W wiadomościach i dziennikach przeczytałem, ze epicentrum znajdowało się pod dnem Pacyfiku, około 200 km od Limy. Wstrząs miał siłę 6,4 stopnia w skali Richtera. Nie odnotowano rannych a zniszczenia są minimalne.

Etykiety:

poniedziałek, 31 lipiec 2006

Ruch uliczny

Lima ma około 8 milionów mieszkańców. Dlatego moje ogólne wrażenie na temat ruchu ulicznego jest: może nie są to kompletni wariaci drogowi, ale blisko im do tego. Co gorsza, prawdopodobnie wiele samochodów nie używa benzyny bezołowiowej, więc powietrze w okolicach głównych ulic jest bardzo zanieczyszczone.

Autobusy:

Jest ich kilka rodzajów. Nazywane są micro (niewielkie lub trochę większe busy) lub combi (mikrobusy na ok. 10 osób). Samochody są stare i zdezelowane, sprawiają wrażenie mało bezpiecznych.

W busie oprócz kierowcy jest człowiek, który stoi przy drzwiach, zbiera pieniądze za przejazd (zwykle 50 centimos za krótką trasę, 1 sol za dłuższą[1]). Oprócz tego rozgląda się, czy ktoś czeka na chodniku, wykrzykuje trasę przejazdu, itd.

Busiki przejeżdżają dosłownie co kilkadziesiąt sekund, często się pokrywając. Wtedy kierowcy ostro walczą o klientów – w dziki sposób wyprzedzając się, wołając do przechodniów, itp.


Drugim sposobem podróżowania są taksówki.

Odnoszę wrażenie, że jeździ ich więcej niż zwykłych samochodów. Nie mają taksometrów, więc o cenę należy targować się przed jazdą.

Oprócz zwykłych samochodów są też mototaxis, czyli trójkołowe taksówki – taka buda na elektrycznym motorze.

Przejścia dla pieszych.

Nie ma. No prawie. Na dużych skrzyżowaniach. A zazwyczaj przechodzi się przez jezdnie w dowolnym miejscu, czekając aż będzie jechało mniej samochodów lub przeciskając się pomiędzy tymi, które stoją w korku.




[1] 1 nuevo sol = ok. 1 złoty

Etykiety:

sobota, 22 lipiec 2006

Przyjazd do Peru

Sobota, rano w Limie, Peru.
Wyjechalem w czwartek z Kielc. Najpierw przesiadka w Gliwicach, a o 2 w nocy bylem juz w Berlinie. Znalazlem taksowke, ktora zawiozla mnie na Tegel. Stamtad lecialem do Madrytu o godzinie 8. Z Madrytu juz prosto do Limy.
Lot trwal prawie 12 godzin. Na szczescie mialem dobre miejsce, tuz za Business Class z miescem na rozprostowanie nog.

W Limie przywitala mnie grupa ludzi z AIESEC. Pojechalismy taksowka (poznalem ruch uliczny w Limie) do domu.
Za chwile powinni przyjsc AIESECowcy, z ktorymi pojde zobaczyc gdzie bede mieszkal.

Etykiety:

środa, 5 lipiec 2006

Peruwiańska wiza w paszporcie

Mówiłem już, że jadę do Peru, tak?

Dzisiaj pojechałem do Warszawy do ambasady Republiki Peru po wizę. Ambasada mieści się w biurowcu, w którym są też ambasady innych "egzotycznych" dla większości Polaków państw. Konsul okazał się bardzo miły i przyjacielski. Wyczekałem się w sumie około 2 godzin, kosztowało mnie to 15 $, ale mam już w paszporcie wizę do Peru. Ten trip do Warszawy zajął mi cały dzień. Przynajmniej już z głowy.

Etykiety:

Go There

Ciekawi ludzie, ciekawe blogi

Dzienna dawka wiadomoś›ci

Inne blogi & łącza

Poprzednie

Archiwum

www.flickr.com
This is a Flickr badge showing public photos from tschareck. Make your own badge here.





BlogThis!