« Home | Buenos Aires » | Nie zważysz tego ani nie zmierzysz » | Czwartek » | Cafezihno » | Bandyterka » | Curitiba » | Zachciało mi się spaceru » | Rzeka Styczniowa » | Cisza, ja i czas » | [Jericoacoara, Brazylia] Odpuszczam sobie Manaus,... »

Wodospady

Już ostatni tydzień w drodze. Potrzeba nam dostać się do Salvadoru, skąd jest lot do Europy. Na chwilę jeszcze wstępujemy do Foz do Iguaçu. Po szybkim sprawdzeniu okazało się, że lot liniami urugwajskimi z Montevideo do Foz, a następnie najtańszymi liniami brazylijskimi, jest w niemal tej samej cenie, co lot innymi liniami od razu z Montevideo do Salvadoru.

Wylatujemy z Montevideo, dolatujemy do Foz. Przekraczamy granicę, dostajemy pieczątki w paszporcie po każdej stronie. Hostel jest po stronie brazylijskiej, trzeba za niego płacić w realach. Pozbywamy się wszystkich pesos urugłaszos. Po drodze do hostelu zatrzymuje nas jeszcze motocyklista i mówi, że „tam to nie idźcie, tam nie jest bezpiecznie”. Mam wielką ochotę pójść i sprawdzić, dlaczego.

Wodospady leżą na granicy pomiędzy Argentyną a Brazylią (a za rogiem jest jeszcze Paragwaj). Niektórzy twierdzą, że ładniejsze są argentyńskie, inni że brazylijskie. Postanowiliśmy, że pojedziemy na argentyńską stronę. Trzeba złapać autobus, który jedzie na drugą stronę. Na granicy kierowca nas wysadza tylko po to, żebyśmy mogli dostać pieczątkę w paszporcie. Brazylijczycy, Argentyńczycy i inni mieszkańcy MERCOSUR mogą przejeżdżać na dowód. Daje nam jakiś kwitek na następny autobus i odjeżdża. Następny autobus jest za pół godziny. Czekamy.

W Argentynie w kasie parku można zapłacić tylko w gotówce i tylko argentyńskimi pesos. Po dotarciu do miasteczka jeszcze musimy znaleźć kantor. Z bankomatów nie korzystamy, nauczeni już że w Argentynie banki zdzierają za każdym razem niezłą prowizję.

 
Widok na wodospady wart jest swojej ceny.

W drodze powrotnej znów pieczątki. Wyskakujemy z autobusu, biegiem do okienka po stronie brazylijskiej. Jeszcze należało się upomnieć o papierek imigracyjny, podobno bardzo ważny przy wyjeździe, bo sami by nie dali. Kierowca poczekał na nas. Może dlatego, że było już późno i mógł to być ostatni autobus, a może dlatego, że było nas tylko dwoje. W każdym razie miło z jego strony.

Foz do Iguacu
Drugiego dnia pojechaliśmy ponownie, tym razem na stronę brazylijską.
Moim zdaniem warto obejrzeć obie - w Argentynie podchodzi się bliżej do Gardzieli Diabła i można poczuć bliskość żywiołu i jego siłę, a z kolei od strony brazylijskiej rozciąga się piękny panoramiczny widok na całość.

Etykiety: ,

Go There

Inne blogi & lacza

Poprzednie