« Home | Ryż i fasola, czyli ziemniaki » | Dziś odmówiono mi sprzedaży piwa w sklepie, gdyż..... » | Rzuć robotę, wyjedź gdzieś daleko » | Panorama na Rohacze » | Mam ścianę, to jest mój kawałek. » | Widoczki » | Pewność zwolnienia, czy obietnica podwyżki » | Tron Liczyrzepy 2009 Tron Liczyrzepy 2007 » | Droga do nikąd » | Wakacje w Chorwacji »

Chimarrão

Chimarrão, znane również jako yerba mate, piją tutaj wszyscy. Od dziadków aż po wnuki. Jak widać, potrzebne jest odpowiednie naczynie, czyli cuia, rurka zwana bomba oraz dużo tego zielonego.

To zielone, to właśnie ta yerba (lub też erva w Brazylii), czyli susz z ostrokrzewu paragwajskiego (reszta na wiki). Wsypuje się go do ok. 2/3 naczynia, przykrywa, odwraca naczynie i ubija zielsko. Potem trzeba wsadzić rurkę, która jest zakończona sitkiem aby nie wciągać fusów.

O etykiecie picia yerba mate już całkiem sporo w naszym kraju napisano. Rytuał picia chimarrão nie różni się wcale od tego, który jest w Urugwaju czy Argentynie. Najpierw gospodarz zalewa ziele gorącą, ale nie wrzącą wodą. Do tego używają tu takich termosów z pompką, jakie u nas były popularne ze dwadzieścia lat temu. Jak ziele nasiąknie, dolewa wody i wypija pierwszą porcję. To po to, żeby sprawdzić czy nie za mocne lub za gorące. Następnie dolewa znów wody i podaje następnej osobie. Ten, kto pijąc będzie siorbał, wcale nie musi się wstydzić. Tak jest tu przyjęte. To oznacza, że woda się skończyła. Jak się wypije, podaje się cuię gospodarzowi, który doleje wody i poda następnemu. I tak w kółeczku wszyscy po kolei piją – z tego samego kubeczka i tą samą słomką. Przy okazji wszyscy sobie siedzą i gadają. Albo idą do sklepu po zakupy z termosem pod pachą. Albo czekają na autobus. Albo robią to, co im akurat wypadło.


Etykiety:

Go There

Inne blogi & lacza