« Home | Corrida de toros » | Trzęsienie ziemi » | Sezon wizowy » | Świat jest mały » | Ruch uliczny » | Przyjazd do Peru » | Peruwiańska wiza w paszporcie »

W górach

STITCH_2057

W zeszly weekend bylem na pustyni (patrz tutaj). Tym razem - zupelna zmiana klimatu. Znow we trojke (ja, Szymon i Sandra) pojechalismy w gory, do Huaraz.

Wyjechalismy w piatek. Zaczelo sie od szukania autobusu, ktorym moglibysmy tam dojechac - albo nie bylo biletow, albo nie jezdzili w tamta strone. Co ciekawe, przed wejsciem do naszego autobusu, musielismy zostawic odciski palcow.
Rano dotarlismy do Huaraz. Miasto lezy na wysokosci 3100 m n.p.m., okolo 450 km od Limy. Wysokosc dawala sie we znaki. Zaczelismy od szukania miejsca, gdzie mozna kupic liscie koki - podobno ich zucie pomaga przy chorobie wysokosciowej. Poszlismy na targ, gdzie mozna kupic wszystko - od ubran, sprzetu domowego, do zywnosci (np owocow, ryb i miesa). Liscie tez znalezlismy. Szczerze mowiac, smak maja okropny. Nie wiem, czy to naprawde pomaga, ja i tak odczuwalem bol glowy przy podchodzeniu.
Po znalezieniu hoteliku (cena tylko S/. 10) pierwszym celem byl Mirador. Niewielka gorka, z ktorej mozna zobaczyc cale Huaraz i panorame na okoliczne gory. Widocznosc jednak nie byla dobra.

Drugim celem byla wioska Marián, z ktorej mozna sie dostac do ruin Willcahuain - z czasow przedinkaskich. Okolica to juz zupelnie inny kraj. Ludzie zyjacy w prostych, wiejskich warunkach, uprawiajac pole, wypasajacy krowy, owce i lamy. Pytanie o droge to tez ciekawa sprawa. Kazdy odpowiadal co innego. W ktora strone do ruin? "Na lewo." "Prosto." "W prawo." Jak daleko? "35 minut." "4 godziny." "Ooo, bardzo daleko."
Zaczelo padac. Niby normalna sprawa, ale dla mnie to byl pierwszy deszcz od kilku miesiecy - w Limie nigdy nie pada.
Doszlismy do ruin. Nie jestem wcale pewien, czy to byly wlasciwe ruiny ;)

Wieczorem planowalismy jeszcze pojscie do baños termales, ale niestety byly juz zamkniete. Zamiast tego poszlismy do restauracji na typowy peruwianski posilek - cuy (świnka morska), chicharon i trucha frita (smażony pstrąg).

Pozniej z powrotem do Huaraz i niewielkie zakupy na targu - ubrania z welny alpaki. Sa znacznie tansze niz w Limie. I w dodatku bardzo sie przydaly nastepnego dnia.

Dzien drugi.

Kiedy rano Szymon stwierdzil, ze wybiera sie na wycieczke na wysokosc 5000 m, nie wierzylem, ze wszyscy tam wyjdziemy. Zwlaszcza, ze nie bylem przygotowany na wyjscie w gory.
Jednak o 9.30 siedzielismy wszyscy w busie, ktory mial zawiezc nas na miejsce. Po drodze mielismy kilka przystankow, zeby wypic mate de coca (napar z lisci koki), sprobowac zrodlanej "gazowanej" wody (Aguas Gasificadas), obejrzec jeziorka z wielokolorowa woda, obejrzec tamtejsze rosliny zwane Puya Raymondi...
W koncu dojechalismy do podnoza gory Pastoruri, na wysokosc prawie 5000 m, a stamtad mielismy wyjsc okolo 2-kilometrowy odcinek do lodowca, na ponad 5100 m.
Jak dla mnie, to ta wycieczka byla troche zbyt "komercyjna". Na kazdym postoju bylismy otoczeni przez sprzedawcow i tym podobnych ludzi, z ciaglym "kup czekoladke", "kup cukierka", "zrob sobie zdjecie z lama". Za wszystko 1 sol. A pozniej na szlaku tlum ciagnacy do gory.
Tutaj juz wysokosc mocno dawala o sobie znac. Widzialem ludzi, ktorzy nie mogli zejsc o wlasnych silach i inni ich znosili na ramonach. W moim przypadku - odczuwalem bol glowy i spore zmeczenie. Wyjscie do gory, zrobienie zdjec na sniegu i powrot zajal okolo 2 godzin. Potem na dol, cos zjesc i powrot do Huaraz ok godz. 18.

Do Limy powrocilismy ok 6.30 rano (w poniedzialek). Prysznic, chwila snu, a na 9 do pracy.

Etykiety:

Go There

Inne blogi & lacza

Poprzednie