sobota, 24 września 2011

Wodospady

Już ostatni tydzień w drodze. Potrzeba nam dostać się do Salvadoru, skąd jest lot do Europy. Na chwilę jeszcze wstępujemy do Foz do Iguaçu. Po szybkim sprawdzeniu okazało się, że lot liniami urugwajskimi z Montevideo do Foz, a następnie najtańszymi liniami brazylijskimi, jest w niemal tej samej cenie, co lot innymi liniami od razu z Montevideo do Salvadoru.

Wylatujemy z Montevideo, dolatujemy do Foz. Przekraczamy granicę, dostajemy pieczątki w paszporcie po każdej stronie. Hostel jest po stronie brazylijskiej, trzeba za niego płacić w realach. Pozbywamy się wszystkich pesos urugłaszos. Po drodze do hostelu zatrzymuje nas jeszcze motocyklista i mówi, że „tam to nie idźcie, tam nie jest bezpiecznie”.

Wodospady leżą na granicy pomiędzy Argentyną a Brazylią (a za rogiem jest jeszcze Paragwaj). Niektórzy twierdzą, że ładniejsze są argentyńskie, inni że brazylijskie. Postanowiliśmy, że pojedziemy na argentyńską stronę. Trzeba złapać autobus, który jedzie na drugą stronę. Na granicy kierowca nas wysadza tylko po to, żebyśmy mogli dostać pieczątkę w paszporcie. Brazylijczycy, Argentyńczycy i inni mieszkańcy MERCOSUR mogą przejeżdżać na dowód. Daje nam jakiś kwitek na następny autobus i odjeżdża. Następny autobus jest za pół godziny. Czekamy.

W Argentynie w kasie parku można zapłacić tylko w gotówce i tylko argentyńskimi pesos. Po dotarciu do miasteczka jeszcze musimy znaleźć kantor. Z bankomatów nie korzystamy, nauczeni już że w Argentynie banki zdzierają za każdym razem niezłą prowizję.

 
Widok na wodospady wart jest swojej ceny.

W drodze powrotnej znów pieczątki. Wyskakujemy z autobusu, biegiem do okienka po stronie brazylijskiej. Jeszcze należało się upomnieć o papierek imigracyjny, podobno bardzo ważny przy wyjeździe, bo sami by nie dali. Kierowca poczekał na nas. Może dlatego, że było już późno i mógł to być ostatni autobus, a może dlatego, że było nas tylko dwoje. W każdym razie miło z jego strony.

Foz do Iguacu
Drugiego dnia pojechaliśmy ponownie, tym razem na stronę brazylijską.
Moim zdaniem warto obejrzeć obie - w Argentynie podchodzi się bliżej do Gardzieli Diabła i można poczuć bliskość żywiołu i jego siłę, a z kolei od strony brazylijskiej rozciąga się piękny panoramiczny widok na całość.

Etykiety: ,

poniedziałek, 19 września 2011

Buenos Aires

Miasto, które pachnie zielem.
Miasto, w którym muszą uwielbiać protestowanie. Wolno im. Mają demokrację, demonstracje są legalne, więc to robią. Protestują wszyscy. Protestują przeciwnicy, protestują zwolennicy, matki, studenci...
Komunikacja miejska jest tania. W autobusach można płacić tylko drobnymi. Dlatego w sklepach nie rozmieniają drobnych. Można też użyć karty magnetycznej, ale Punkt Sprzedaży Biletów Na Metro i Kart nie sprzeda karty w weekend. W metrze kradną (ale gdzie tego nie robią?). Metro jest w rozbudowie, to w tak jak w Warszawie. Tylko, że metra mają już 5 linii.

Etykiety:

środa, 24 sierpnia 2011

Nie zważysz tego ani nie zmierzysz

Kupiłem sobie jako pamiątkę z Brazylii cuię i bombę, w których się pije chimarrão. Świeża cuia, która jest zrobiona ze skorupy owocu porongo, w środku jest biała i jeszcze nie jest gotowa do użycia. Trzeba ją najpierw przygotować, czyli po portugalsku curtar. A tego, jak się to robi, nauczyłem się od prawdziwych Gaúchos. Ponieważ cuie robi się ręcznie z prawdziwych owoców, żadne dwie nie będą identyczne.

Kobieta najpierw do naczynia wsypała trochę żaru z paleniska. Dmuchając i potrząsając wypaliła z dna luźne resztki skorupy. Po chwili wysypała popiół ze środka i dokładnie wyszorowała w środku. Potem mate – nie musi być nowe, i tak nie będzie się tego piło – wzięła to, co pozostało z ostatniego zaparzenia. Napełniła po brzegi i ubiła dokładnie. Zalała dosłownie jednym niewielkim chlustem gorącej wody. Woda zaczęła powoli wsiąkać. Teraz naczynie zostawiliśmy w takim stanie na cały dzień.

Następnego dnia rano powiedziała, że już można wyrzucić ziele. Wziąłem łyżkę, wyrzuciłem zawartość i wyszorowałem w środku. Kolor zmienił się z białego na lekko żółty, w jednym miejscu trochę się przygrzało od popiołu. Pory łupiny wypełniły się zielem. Spojrzała fachowym okiem i stwierdziła: „tá, teraz się nadaje na chimarrão”.

Z własnego doświadczenia: cuię po użyciu, zwłaszcza jeśli przez jakiś czas nie będzie używana, należy dobrze wysuszyć. A najlepiej przechowywać ją w suchym i przewiewnym miejscu. Jeśli się tego nie zrobi, może w środku pojawić się pleśń – w końcu zrobiona jest z naturalnych materiałów.

Etykiety:

sobota, 20 sierpnia 2011

Cafezihno

Brazylia jest jednym z producentów kawy, więc nic dziwnego, że kawa jest popularnym napojem. W przeciwieństwie do herbaty. Kawa pojawia się nawet w nazwie posiłku, śniadanie to po portugalsku cafe-da-manha, czyli dosłownie „poranna kawa”.

Kawa jest serwowana w postaci mocnej, czarnej i słodkiej. Mówi się, że dobra kawa powinna być „gorąca jak piekło, czarna jak diabeł, czysta jak miłość i słodka jak anioł”. Serwuje się ją w termosie z dziubkiem, z którego nalewa się ją do malutkich filiżanek, których wielkość wcale nie powinna dziwić.

Jak zrobić cafezinho? Po pierwsze, nie żałuje się mielonej kawy. Myślę, że ciśnieniowy ekspres do kawy może być za mały. Najprostszy sposób jest identyczny z zasadą działania ekspresu przelewowego – bierzesz odpowiedni lejek (np. ten z ekspresu), stawiasz go na dzbanku, umieszczasz w nim filtr i wsypujesz dużo kawy. Potem zalewasz kawę gorącą wodą. Po zaparzeniu kawy dodajesz cukier, którego też nie żałują. Gotową kawę wystarczy przelać do termosu i podać na stół.
Zamiast lejka i dzbanka, można też użyć odpowiedniego naczynia zwanego kafeterą – dawno, dawno temu widziałem taką w domu, ale pewnie już została wyrzucona.

Etykiety:

piątek, 19 sierpnia 2011

Bandyterka

Jeśli myślisz, że w Brazylii są bandziory, to się nie mylisz. Ale gdzie ich nie ma? Każde miasto ma swoją dzielnicę, gdzie lepiej się nie zapuszczać po zmroku. Nie ważne, czy to Praga, czy to Czarnów, czy Rocinha. Swoich raczej nie ruszą, ale obcych...

Ale może być też inaczej. Są miejsca, gdzie ludzie się uśmiechają. Gdzie typ stojący w bramie nie spyta, dlaczego się gapisz, tylko rzuci wszechobecnie „tudo bem?”. Gdzie kierowca się uśmiecha, gdzie człowiek grzecznie przeprosi, że cię potrącił spiesząc się. Gdzie ludzie nie pchają się za wszelką cenę do autobusu, tylko spokojnie poczekają na następny. Gdzie nie każdy, który zagada na ulicy, chce kasy.

Ja wiem, że to może uśpić czujność. Możesz wtedy zapomnieć, że to jednak dzielnica, gdzie podobno biją i kradną. Ale przynajmniej wrócisz uwolniony od dóbr świata doczesnego, komercyjnych produktów Babilonu.

Etykiety:

sobota, 6 sierpnia 2011

Curitiba

Kurytyba to, jak dotąd, najładniejsze miasto w Brazylii które widziałem. Centrum jest bardzo nowoczesne, a jednocześnie stare budynki są ładnie wkomponowane. Nie rażą, tak jak w innych miastach, nawet w centrach, nieotynkowane ściany, pomarańczowo-szare gołe cegły, sterczące zbrojenia (bo może się jeszcze jedno pięterko dobuduje), brzydkie afisze malowane farbą na brudnobiałej ścianie. Oczywiście, w Kurytybie też takie miejsca można znaleźć. Na szczęście jest ich na tyle mało, że przy tych wszystkich nowoczesnych lub zabytkowych, a odnowionych budynkach znikają, przestają się rzucać w oczy.

W Kurytybie jest też dużo zieleni, mnóstwo parków. Na jednej mapce turystycznej naliczyłem 10. Jest ogród botaniczny (o tej porze roku mało ciekawy), park niemiecki, włoski, praktycznie każda grupa imigrantów ma swój. Jest nawet polski lasek, ufundowany przez Polonię i upamiętniający wizytę Papieża w 1980 roku. Park Tanguá ze sztucznym wodospadem, park Barigui z zalewem i mnóstwem biegaczy, rolkarzy, rowerzystów.

Mieszka tu dużo Polonii. Chodziłem po mieście szukając polskich akcentów, a jest ich dużo – w nazwach ulic, w pomnikach, w szyldach sklepów. Teraz już nie dziwi, że polski konsulat jest właśnie tutaj.

Właśnie dlatego, muszę dodać, pojechałem do Kurytyby. Na jeden dzień. 850 km w jedną stronę, 14 godzin autobusem. Wyspać się można. Jak mnie skroili w Rio, dopiero później się zorientowałem, że zniknął również paszport. To już większy kłopot. Stąd wyjazd. Ale udało się, od ręki dostałem tymczasowy, planów na dalszą podróż nie zepsuje.

Etykiety:

piątek, 29 lipca 2011

Zachciało mi się spaceru

Copacabana jest oświetlona, wszędzie policja, ale to i tak nie pomogło.

Zachciało mi się zrobić wieczorne zdjęcia na plaży. Niestety oddaliłem się trochę od innych spacerujących. Pojawiło się trzech typków, jeden z nich miał nóż kuchenny. Chwycił mnie za rękę, zaczął sprawdzać kieszenie. Drugi w tym czasie przeszukał mi plecak. Dobrze wiedzieli, czego szukali. Nie wzięli żadnych rzeczy o małej wartości. Buty czy woda ich nie interesowała. Z portfela wyciągnęli tylko jakieś drobne, całą resztę zostawili (na szczęście nie straciłem żadnych dokumentów ani kart). Poszedł natomiast telefon z brazylijskim numerem, teraz został mi tylko polski. Poszedł sobie też aparat. Więcej zdjęć już nie będzie.

Najdziwniejsze, że nawet się nie zdenerwowałem. Przestraszyć też nie zdążyłem, tak szybko się wszystko stało. Wkurzyłem się tylko, że dałem się skroić jak jakiś głupi gringo. Straty nie są ogromne, chociaż żal sprzętu.

Etykiety:

Rzeka Styczniowa

Pierwszy dzień w Rio poleciałem turystycznie. Corcovado – fajne, kupa ludzi, kolejka do kolejki na szczyt. Udało się wyjechać na górę dopiero po 1,5 godzinie. W sumie zeszło cały dzień.
Wieczorem też klasycznie, najtlajf w Rio. W Lapa są świetne bary, trzeba się tam kiedyś wybrać ponownie.
Dzień drugi, plaża. Takie moje brazylijskie tranquilo. Nie chce mi się spieszyć, łazić w te same miejsca, w które łażą tłumy.

Po pierwszych kilku dniach i przeskakiwaniu z miejsca na miejsce zacząłem mieć dość lotnisk, biegu. W Fortalezie wyhamowałem. Przez trzy dni nie chciało mi się nawet plażować. Dopiero Jericoacoara doprowadziła mnie do porządku. Słusznie zachwalają ją przewodniki i ludzie.

Z polskich akcentów, w Ipanemie stoi pomnik Marszałka:


* Rzeka Styczniowa to po portugalsku Rio de Janeiro.

Etykiety:

piątek, 22 lipca 2011

Cisza, ja i czas

Leżę pod palmą na leżaku powoli sącząc caipirinhę i wspominam dawne czasy...

Przypominam sobie, jak pierwszy raz przyjechałem do Warszawy na rozmowę o pracę. Wyszedłem z podziemi Dworca Centralnego nie wiedząc, w która stronę należy iść.
Podobne uczucie miałem w tym miesiącu kilka razy. Przylatuję do obcego miasta, wychodzę z lotniska i nie wiem, czy mam iść w prawo, czy w lewo. Jak dostać się do hostelu? Gdzie jest przystanek autobusów? Czy wszyscy taksówkarze to oszuści i naciągacze?*
Podobno do tego uczucia można się przyzwyczaić po kilku(nastu) miesiącach życia na walizkach. Ja jeszcze się nie przyzwyczaiłem. Nie chcę się przyzwyczajać. Wolę mieć z kim dzielić się smakami, zapachami, upałem, mrozem, pięknymi widokami i niepewnościami co przyniesie nowe miejsce.

Ponieważ jestem prawie na równiku, to dzień przechodzi w noc natychmiast, bez tego całego zmierzchu. Po zachodzie słońca (na który to spektakl miałem dziś miejsce w pierwszym rzędzie. Nasza Gwiazda dała udane przedstawienie tak jak co dzień od 4 miliardów lat) noc zapadła zanim doszedłem do pousady.

Niebo gwiaździste nade mną. Szukam znajomych gwiazdozbiorów, ale nie znajduję. Jestem przecież na południowej półkuli, mimo że blisko równika. Droga Mleczna świeci wskazując drogę. Tylu gwiazd nie zobaczysz w mieście, musisz wyjechać daleko. Mimo wszystko tu, gdzie 15 lat temu była wioska rybacka bez dróg, telefonu i elektryczności, wraz z turystami dotarła elektryczność. Przynajmniej dróg nie ma, piasek pod stopami. Chciałbym kiedyś się wybrać w miejsce, gdzie nie będzie żadnych świateł. Tylko ja, świerszcze i gwiazdy.

Sunset

* Tak, generalnie taksówkarze to naciągacze. Ale potem okazuje się, że to ludzie tacy sami jak ja i ty.

Etykiety:

czwartek, 21 lipca 2011

[Jericoacoara, Brazylia]

Odpuszczam sobie Manaus, zostaje dłużej w Fortalezie, potem jeszcze Rio i wracam na południe przed weekendem. Trochę kasa się kończy, a trochę mi się już nie chce wciąż latać do innego miasta, wysiadać na lotnisku i zastanawiać się, czy w lewo, czy w prawo.

Jeszcze z Fortalezy postanawiam skoczyć do Jericoacoary. Według Washington Post, albo jakiejś innej poczytnej gazety, to jedna z dziesięciu najpiękniejszych plaż świata. Gdyby nie książka Beaty Pawlikowskiej, nawet bym o niej nie usłyszał.

W Jeri nie ma dróg asfaltowych, wszystko jest z piasku. Dojechać można z Foralezy (w internetach mnóstwo jest opisów) najpierw autobusem, a ostatni odcinek już trzeba na 4 koła. Jak się rozglądam po wiosce, to widzę same motocykle, quady, małe terenowe samochodziki typu buggy i gdzieniegdzie pickup typu Toyota Hilux. No, ale niczym innym tu nie dojedziesz.

Etykiety:

Go There

Inne blogi & łącza

Poprzednie

Archiwum

www.flickr.com
This is a Flickr badge showing public photos from tschareck. Make your own badge here.



BlogThis!