sobota, 3 listopada 2012

Zoom effect

Wszystkie zdjęcia bez photoshopa (no dobra, nie licząc kadrowania i prostowania). Tylko zabawa obiektywem podczas naświetlania.
Widok z mojego okna. Tak to wygląda bez efektów:

A tak z efektami:



Natomiast tutaj trochę cyfrowej ciemni:

Na koniec, polecam film: "Nikon Skills 01: Zoom your way to explosive shots"

czwartek, 18 października 2012

Jesień w Schönbrunnie













Więcej moich zdjęć z Wiednia można znaleźć na: viennainpictures.blogspot.com

Etykiety:

niedziela, 15 lipca 2012

Murale w Wiedniu

 
 
 
 

Etykiety:

sobota, 24 września 2011

Wodospady

Już ostatni tydzień w drodze. Potrzeba nam dostać się do Salvadoru, skąd jest lot do Europy. Na chwilę jeszcze wstępujemy do Foz do Iguaçu. Po szybkim sprawdzeniu okazało się, że lot liniami urugwajskimi z Montevideo do Foz, a następnie najtańszymi liniami brazylijskimi, jest w niemal tej samej cenie, co lot innymi liniami od razu z Montevideo do Salvadoru.

Wylatujemy z Montevideo, dolatujemy do Foz. Przekraczamy granicę, dostajemy pieczątki w paszporcie po każdej stronie. Hostel jest po stronie brazylijskiej, trzeba za niego płacić w realach. Pozbywamy się wszystkich pesos urugłaszos. Po drodze do hostelu zatrzymuje nas jeszcze motocyklista i mówi, że „tam to nie idźcie, tam nie jest bezpiecznie”. Mam wielką ochotę pójść i sprawdzić, dlaczego.

Wodospady leżą na granicy pomiędzy Argentyną a Brazylią (a za rogiem jest jeszcze Paragwaj). Niektórzy twierdzą, że ładniejsze są argentyńskie, inni że brazylijskie. Postanowiliśmy, że pojedziemy na argentyńską stronę. Trzeba złapać autobus, który jedzie na drugą stronę. Na granicy kierowca nas wysadza tylko po to, żebyśmy mogli dostać pieczątkę w paszporcie. Brazylijczycy, Argentyńczycy i inni mieszkańcy MERCOSUR mogą przejeżdżać na dowód. Daje nam jakiś kwitek na następny autobus i odjeżdża. Następny autobus jest za pół godziny. Czekamy.

W Argentynie w kasie parku można zapłacić tylko w gotówce i tylko argentyńskimi pesos. Po dotarciu do miasteczka jeszcze musimy znaleźć kantor. Z bankomatów nie korzystamy, nauczeni już że w Argentynie banki zdzierają za każdym razem niezłą prowizję.

 
Widok na wodospady wart jest swojej ceny.

W drodze powrotnej znów pieczątki. Wyskakujemy z autobusu, biegiem do okienka po stronie brazylijskiej. Jeszcze należało się upomnieć o papierek imigracyjny, podobno bardzo ważny przy wyjeździe, bo sami by nie dali. Kierowca poczekał na nas. Może dlatego, że było już późno i mógł to być ostatni autobus, a może dlatego, że było nas tylko dwoje. W każdym razie miło z jego strony.

Foz do Iguacu
Drugiego dnia pojechaliśmy ponownie, tym razem na stronę brazylijską.
Moim zdaniem warto obejrzeć obie - w Argentynie podchodzi się bliżej do Gardzieli Diabła i można poczuć bliskość żywiołu i jego siłę, a z kolei od strony brazylijskiej rozciąga się piękny panoramiczny widok na całość.

Etykiety: ,

poniedziałek, 19 września 2011

Buenos Aires

Miasto, które pachnie zielem.
Miasto, w którym muszą uwielbiać protestowanie. Wolno im. Mają demokrację, demonstracje są legalne, więc to robią. Protestują wszyscy. Protestują przeciwnicy, protestują zwolennicy, matki, studenci...
Komunikacja miejska jest tania. W autobusach można płacić tylko drobnymi. Dlatego w sklepach nie rozmieniają drobnych. Można też użyć karty magnetycznej, ale Punkt Sprzedaży Biletów Na Metro i Kart nie sprzeda karty w weekend. W metrze kradną (ale gdzie tego nie robią?). Metro jest w rozbudowie, to w tak jak w Warszawie. Tylko, że metra mają już 5 linii.

Etykiety:

środa, 24 sierpnia 2011

Nie zważysz tego ani nie zmierzysz

Kupiłem sobie jako pamiątkę z Brazylii cuię i bombę, w których się pije chimarrão. Świeża cuia, która jest zrobiona ze skorupy owocu porongo, w środku jest biała i jeszcze nie jest gotowa do użycia. Trzeba ją najpierw przygotować, czyli po portugalsku curtar. A tego, jak się to robi, nauczyłem się od prawdziwych Gaúchos. Ponieważ cuie robi się ręcznie z prawdziwych owoców, żadne dwie nie będą identyczne.

Kobieta najpierw do naczynia wsypała trochę żaru z paleniska. Dmuchając i potrząsając wypaliła z dna luźne resztki skorupy. Po chwili wysypała popiół ze środka i dokładnie wyszorowała w środku. Potem mate – nie musi być nowe, i tak nie będzie się tego piło – wzięła to, co pozostało z ostatniego zaparzenia. Napełniła po brzegi i ubiła dokładnie. Zalała dosłownie jednym niewielkim chlustem gorącej wody. Woda zaczęła powoli wsiąkać. Teraz naczynie zostawiliśmy w takim stanie na cały dzień.

Następnego dnia rano powiedziała, że już można wyrzucić ziele. Wziąłem łyżkę, wyrzuciłem zawartość i wyszorowałem w środku. Kolor zmienił się z białego na lekko żółty, w jednym miejscu trochę się przygrzało od popiołu. Pory łupiny wypełniły się zielem. Spojrzała fachowym okiem i stwierdziła: „tá, teraz się nadaje na chimarrão”.

Z własnego doświadczenia: cuię po użyciu, zwłaszcza jeśli przez jakiś czas nie będzie używana, należy dobrze wysuszyć. A najlepiej przechowywać ją w suchym i przewiewnym miejscu. Jeśli się tego nie zrobi, może w środku pojawić się pleśń – w końcu zrobiona jest z naturalnych materiałów.

Etykiety:

sobota, 20 sierpnia 2011

Czwartek

Tak się złożyło, ze w najbliższym czasie kilka osób wyjeżdża. Kończy się sierpień, a zawsze tak było, że najwięcej osób przyjeżdżało, jak były wakacje i wyjeżdżali jak tylko się zaczynał semestr. W ten weekend na pewno wyjeżdża Rosjanka, Peruwiańczyk, w poniedziałek Portorykanka, ja w piątek lub sobotę. Aż dziwne mi się wydaje, ze AIESEC nie zrobił nam żadnej imprezy pożegnalnej. U nas to by było nie do pomyślenia ;) Ale oni i tak się nami nie przejmują. Rozmawiałem wczoraj z jednym z członków na temat mojej praktyki. Podsumowałem, że zadania w firmie były ciekawe, rodzina u której mieszkam bardzo mila, natomiast recepcja (czyli to jak się AIESEC zajmuje praktykantami) znacznie poniżej średniej.
Trochę inne mam widocznie oczekiwania tym razem, bo w zasadzie jest mi obojętne, czy się aiesecowcy nami zajmują, czy nie. Praktyka jest krótka (moja najkrótsza), poza tym sam się umiem sobą zająć. Z pewnością, gdybym mieszkał w centrum, miałbym lepszy kontakt z pozostałymi i miałbym większą satysfakcje. Żałuję, że dopiero teraz, kiedy wszyscy wyjeżdżają, mam najlepszy kontakt z reszta.

Dopiero dziś się zgadałem z gościem z Peru, mimo że już za 2 dni wyjeżdża, wiec był tu jakiś czas. Ale do wczoraj go nawet nie spotkałem. Dzisiaj po szkole nadziałem się na niego na mieście i poszliśmy na piwo. Okazało się, ze jest z tego komitetu, w którym kiedyś miałem praktykę.

AIESEC też się zmienia od moich czasów. Zapytałem, jak się zmieniła rekrutacja. Od 2 lat nie jestem już na bieżąco a ścieżka rozwoju ludzi zmieniła się w zeszłym roku. Świat się zmienia, w tej chwili studenci maja inne możliwości i wymagania niż nawet 5 lat temu, kiedy ja studiowałem (Bolonia, pokolenie Y, itp.) Wytłumaczył mi to Guillermo, ten Peruwiańczyk. I teraz to ma sens.

Cafezihno

Brazylia jest jednym z producentów kawy, więc nic dziwnego, że kawa jest popularnym napojem. W przeciwieństwie do herbaty. Kawa pojawia się nawet w nazwie posiłku, śniadanie to po portugalsku cafe-da-manha, czyli dosłownie „poranna kawa”.

Kawa jest serwowana w postaci mocnej, czarnej i słodkiej. Mówi się, że dobra kawa powinna być „gorąca jak piekło, czarna jak diabeł, czysta jak miłość i słodka jak anioł”. Serwuje się ją w termosie z dziubkiem, z którego nalewa się ją do malutkich filiżanek, których wielkość wcale nie powinna dziwić.

Jak zrobić cafezinho? Po pierwsze, nie żałuje się mielonej kawy. Myślę, że ciśnieniowy ekspres do kawy może być za mały. Najprostszy sposób jest identyczny z zasadą działania ekspresu przelewowego – bierzesz odpowiedni lejek (np. ten z ekspresu), stawiasz go na dzbanku, umieszczasz w nim filtr i wsypujesz dużo kawy. Potem zalewasz kawę gorącą wodą. Po zaparzeniu kawy dodajesz cukier, którego też nie żałują. Gotową kawę wystarczy przelać do termosu i podać na stół.
Zamiast lejka i dzbanka, można też użyć odpowiedniego naczynia zwanego kafeterą – dawno, dawno temu widziałem taką w domu, ale pewnie już została wyrzucona.

Etykiety:

piątek, 19 sierpnia 2011

Bandyterka

Jeśli myślisz, że w Brazylii są bandziory, to się nie mylisz. Ale gdzie ich nie ma? Każde miasto ma swoją dzielnicę, gdzie lepiej się nie zapuszczać po zmroku. Nie ważne, czy to Praga, czy to Czarnów, czy Rocinha. Swoich raczej nie ruszą, ale obcych...

Ale może być też inaczej. Są miejsca, gdzie ludzie się uśmiechają. Gdzie typ stojący w bramie nie spyta, dlaczego się gapisz, tylko rzuci wszechobecnie „tudo bem?”. Gdzie kierowca się uśmiecha, gdzie człowiek grzecznie przeprosi, że cię potrącił spiesząc się. Gdzie ludzie nie pchają się za wszelką cenę do autobusu, tylko spokojnie poczekają na następny. Gdzie nie każdy, który zagada na ulicy, chce kasy.

Ja wiem, że to może uśpić czujność. Możesz wtedy zapomnieć, że to jednak dzielnica, gdzie podobno biją i kradną. Ale przynajmniej wrócisz uwolniony od dóbr świata doczesnego, komercyjnych produktów Babilonu.

Etykiety:

sobota, 6 sierpnia 2011

Curitiba

Kurytyba to, jak dotąd, najładniejsze miasto w Brazylii które widziałem. Centrum jest bardzo nowoczesne, a jednocześnie stare budynki są ładnie wkomponowane. Nie rażą, tak jak w innych miastach, nawet w centrach, nieotynkowane ściany, pomarańczowo-szare gołe cegły, sterczące zbrojenia (bo może się jeszcze jedno pięterko dobuduje), brzydkie afisze malowane farbą na brudnobiałej ścianie. Oczywiście, w Kurytybie też takie miejsca można znaleźć. Na szczęście jest ich na tyle mało, że przy tych wszystkich nowoczesnych lub zabytkowych, a odnowionych budynkach znikają, przestają się rzucać w oczy.

W Kurytybie jest też dużo zieleni, mnóstwo parków. Na jednej mapce turystycznej naliczyłem 10. Jest ogród botaniczny (o tej porze roku mało ciekawy), park niemiecki, włoski, praktycznie każda grupa imigrantów ma swój. Jest nawet polski lasek, ufundowany przez Polonię i upamiętniający wizytę Papieża w 1980 roku. Park Tanguá ze sztucznym wodospadem, park Barigui z zalewem i mnóstwem biegaczy, rolkarzy, rowerzystów.

Mieszka tu dużo Polonii. Chodziłem po mieście szukając polskich akcentów, a jest ich dużo – w nazwach ulic, w pomnikach, w szyldach sklepów. Teraz już nie dziwi, że polski konsulat jest właśnie tutaj.

Właśnie dlatego, muszę dodać, pojechałem do Kurytyby. Na jeden dzień. 850 km w jedną stronę, 14 godzin autobusem. Wyspać się można. Jak mnie skroili w Rio, dopiero później się zorientowałem, że zniknął również paszport. To już większy kłopot. Stąd wyjazd. Ale udało się, od ręki dostałem tymczasowy, planów na dalszą podróż nie zepsuje.

Etykiety:

Go There

Inne blogi & lacza

Poprzednie

Archiwum

www.flickr.com
This is a Flickr badge showing public photos from tschareck. Make your own badge here.



BlogThis!